Jak zwykle zapomniałam swojego hasła do bloga. Całe szczęście można go całkiem sprawnie odzyskać. Hasło odzyskane a ja szczęśliwa że znów tu jestem. Weekend minął nam bardzo apetycznie, głównie dlatego że w sobotę odbyła się impreza imieninowa Babci Krysi. Jak zwykle same smakołyki. Po apetycznej pikantnej zupie- kremie z czerwonej soczewicy, z pieprzem cayenne wjechały na stół soczyste rolady wieprzowe z bogatym wnętrzem z boczku i warzyw. Na uwagę zasługuje też bakłażan zapiekany z żółtym serem i pomidorami. Kiedy już trzymałam troskliwie się za brzuch, nastąpił czas sałatek, pysznych tostów z pastą z dorsza i twarożku oraz galarety mięsnej która skropiona cytryną kusiła moje podniebienie. Na tym etapie już tylko moje oczy jadły, reszta odmówiła posłuszeństwa. I na koniec, wjechały o dziwo aż trzy torty i cztery ciasta. Poległam na stracie. Mimo tych wspaniałości i miłości do słodkości postanowiłam tylko łyżeczką uszczknąć gryza każdego z wypieków z kociego talerza. Kot nie protestował. A ja miałam czyste sumienie, że tym razem nie przejem się jak to bywało do tej pory. Ale cóż z tego, skoro na odchodne dostaliśmy dwa duże pudełka z ciastami, tortami, pojemniczki z sałatkami i...moją ukochana galaretą. Szlag trafił moja wstrzemięźliwość. I tyle w temacie.
Chciałabym jeszcze cofnąć się do sobotniego poranka, kiedy to po dość wczesnej pobudce, którą zawdzięczamy naszemu maluchowi, postanowiłam przeanalizować stan lodówki i ponownie wykorzystać do cna składniki, które delikatnie mówiąc, wypadałoby już zjeść zanim będzie za późno - jak np. plasterki szynki czy ser pleśniowy. Chlebak zakomunikował mi że na stanie ma apetyczne ciabatty, a kupiona dzień wcześniej ruccola prosiła się o uwagę. Zatem do dzieła. Włączam piekarnik na ok.160 stopni. Przekrojone ciabatty smaruję masłem, na połowie układam szynkę z plastrami żółtego sera, na pozostałej części plasterki sera pleśniowego. Na całość układam plasterki pomidora, posypuję przyprawą włoską (jest to mieszanka oregano, bazylii itp), pieprz, sól, a następnie parę listków rukoli i wkładam do piekarnika na ok 10 minut, a raczej do momentu kiedy uznam że stopień przypieczenia spełnia moje oczekiwania. Po wyjęciu posypuję raz jeszcze ruccolą i cieszę oczy, kiedy Kot zajada zachwalając walory smakowe. Proste a jakie smaczne!A przecież gdyby nie ten piekarnik, gdyby nie ta rukola, to były by najnormalniejsze w świecie kanapki.
Zdarza się u nas niestety, że zakupiona wędlina idzie topornie i po jakimś czasie nie ma się już chęci spożywać jej w pierwszej kolejności. Najczęściej więc ląduje w smakowitej jajecznicy bądź podsmażana wraca do łask na kanapkę. W moich zapiekanych ciabattach również doskonale się odnalazła. Tak więc można powiedzieć, że ponownie uprawiam recykling śniadaniowy. Nie myślcie jednak proszę że u nas ten recykling od rana do wieczora. Aż tak strasznej ilości "recyklingowych" produktów nie posiadamy. Tylko od czasu do czasu warto coś "reanimować".
Kończę zatem posta, sprzątam okruszki po spałaszowanym cieście i życzę miłego poniedziałku!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz